Polskie górnictwo coraz trudniej broni się ekonomicznie. Wydobycie spada, koszty rosną, a utrzymanie sektora wymaga kolejnych miliardów złotych publicznego wsparcia. Samo odchodzenie od węgla nie jest jednak największym problemem. Znacznie poważniejsze jest to, że w części polskich regionów transformacja już trwa, ale odbywa się bez pieniędzy, planu i jasnej odpowiedzi na pytanie: co będzie dalej?
O tym 20 sierpnia na antenie Polskiego Radia 24 mówiła Joanna Tokarczuk, prezes Stowarzyszenia Rozwoju Innowacyjności Energetycznej STORIE. Punktem wyjścia do rozmowy były dane fundacji Instrat pokazujące coraz trudniejszą sytuację polskiego sektora węglowego. (tu https://energy.instrat.pl/kopalnie-w-polsce-sierpien-2026/) W przypadku węgla brunatnego wydobycie spadło o 8 proc. w ciągu roku i aż o 35 proc. w porównaniu z 2023 rokiem. Coraz wyraźniej widać, że zarówno wydobycie węgla kamiennego, jak i brunatnego przestaje być działalnością, która może funkcjonować bez stałego wsparcia państwa.
Transformacja dzieje się niezależnie od deklaracji
Spór o to, czy Polska powinna odchodzić od węgla, coraz bardziej rozmija się z rzeczywistością. Ten proces już trwa. Kopalnie ograniczają wydobycie, zatrudnienie maleje, zmienia się rynek energii, a przemysł coraz częściej szuka dostępu do tańszej i niskoemisyjnej energii.
Problem polega na tym, że transformacja nie wszędzie wygląda tak samo. Górny Śląsk czy region koniński mają zaplanowane procesy zmian i dostęp do środków z Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji. Tymczasem istnieje druga grupa regionów węglowych, w których zmiany gospodarcze zachodzą równie realnie, ale bez porównywalnego zabezpieczenia finansowego. Dotyczy to między innymi subregionu Turowa, Bogdanki, Kozienic czy Połańca.
W praktyce powstają więc dwie prędkości polskiej transformacji. W jednych miejscach można finansować nowe inwestycje, przygotowywać pracowników do zmiany zawodu i budować alternatywę dla gospodarki opartej na węglu. W innych transformacja ma charakter niemal dziki: zatrudnienie spada, gospodarka się zmienia, ale region pozostaje bez wystarczających narzędzi, żeby przygotować się na przyszłość.
Turów nie czeka do 2044 roku
Dobrym przykładem jest kompleks Turów. Oficjalna perspektywa zakończenia działalności kopalni i elektrowni sięga 2044 roku. Można więc odnieść wrażenie, że region ma jeszcze prawie dwie dekady na przygotowanie się do zmian. Tyle że transformacja nie zacznie się w 2044 roku. Ona już trwa.
Zatrudnienie w kompleksie zmniejsza się każdego roku. Jednocześnie subregion nie został objęty Funduszem na rzecz Sprawiedliwej Transformacji. Jedną z przyczyn był brak odpowiednio wczesnej deklaracji dotyczącej harmonogramu redukcji emisji, wymaganej do uruchomienia tego rodzaju unijnego wsparcia. Skutek jest bardzo konkretny: region, którego gospodarka przez dziesięciolecia była związana z jednym dużym kompleksem energetycznym, musi przechodzić przez zmianę bez instrumentów porównywalnych z tymi, które otrzymały inne polskie regiony węglowe.
To właśnie tutaj pojawia się ryzyko powtórzenia błędów znanych z Wałbrzycha. Trzy dekady temu kopalnie zamknięto szybciej, niż udało się stworzyć gospodarkę zdolną zapewnić mieszkańcom nowe miejsca pracy. Społeczne i ekonomiczne konsekwencje tej decyzji region odczuwał przez wiele lat.
Ludzie nie mogą być „kosztem transformacji”
Transformacja energetyczna nie sprowadza się do zastąpienia jednej elektrowni innym źródłem energii. To przede wszystkim pytanie o ludzi, miejsca pracy i gospodarkę regionu.
W powiecie zgorzeleckim ponad 30 proc. mieszkańców pracuje za granicą, głównie w Niemczech i Czechach. Część wysoko wykwalifikowanych pracowników technicznych znajduje zatrudnienie w zakładach produkcyjnych, wykonując pracę poniżej swoich kwalifikacji. To ogromna strata potencjału.
Po drugiej stronie granicy niemieckie Łużyce przygotowują się do odejścia od węgla zupełnie inaczej. Wraz z wygaszaniem przemysłu wydobywczego państwo lokuje tam duże inwestycje i miejsca pracy o wysokiej wartości dodanej, między innymi w sektorze naukowym oraz przemyśle obronnym.
Polskie regiony węglowe potrzebują podobnego myślenia. Nie wystarczy finansować likwidacji starego modelu gospodarki. Trzeba równolegle budować nowy.
Tania energia staje się warunkiem rozwoju
Zmiana energetyczna ma jeszcze jeden wymiar. Dostęp do energii z odnawialnych źródeł coraz częściej decyduje o tym, gdzie przedsiębiorstwa chcą inwestować.
Dla przemysłu energia to nie tylko kwestia ekologii. To cena produkcji i konkurencyjność. Energia obciążona wysokimi kosztami emisji CO2 oznacza wyższe koszty działalności. Dlatego region, który chce przyciągać nowe fabryki i miejsca pracy, musi być w stanie zaoferować przedsiębiorcom dostęp do stabilnej, możliwie taniej i niskoemisyjnej energii.
Zmienia się również sposób myślenia o bezpieczeństwie energetycznym. System oparty na wielu różnych, rozproszonych źródłach energii może być bardziej odporny niż model uzależniony od kilku ogromnych jednostek wytwórczych.
Skoro transformacja już trwa, trzeba wreszcie nią zarządzać
Regiony, które nie otrzymały pieniędzy z Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji, nie mogą pozostać bez wsparcia tylko dlatego, że kilka lat temu nie znalazły się na odpowiedniej liście.
Jednym z możliwych rozwiązań jest Fundusz Modernizacyjny, finansowany z przychodów ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2. Odpowiednio przygotowane instrumenty Ministerstwa Klimatu i Środowiska oraz Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej mogłyby pozwolić skierować środki również do regionów, które dziś przechodzą transformację bez dostępu do FST.
Bo najważniejsze pytanie nie brzmi już: czy Polska odejdzie od węgla? Dane gospodarcze i sytuacja w samych regionach pokazują, że ten proces już się rozpoczął. Pytanie brzmi: czy będziemy nim świadomie zarządzać, czy pozwolimy, żeby w części kraju transformacja działa się sama, bez planu, pieniędzy i odpowiedzialności za jej społeczne skutki?
Jeżeli nie zaczniemy przygotowywać tych regionów teraz, w 2044 roku może być już zdecydowanie za późno.
Autor: BS
