ETS, czyli unijny system handlu uprawnieniami do emisji, to narzędzie, które nakłada na firmy z wybranych sektorów , takich jak energetyka, przemysł energochłonny czy lotnictwo w UE , obowiązek posiadania pozwoleń na każdą tonę emisji CO2. Unia Europejska co roku ogranicza liczbę tych pozwoleń, część rozdziela za darmo, a reszta trafia na rynek.

Firmy, które emitują mniej CO2, mogą sprzedać nadwyżki, a te, które emitują więcej, muszą dokupić brakujące uprawnienia. Dzięki temu emisje spadają tam, gdzie da się to zrobić najtaniej i najszybciej, a sygnał cenowy motywuje do inwestowania w czystsze technologie. To podejście rynkowe, a nie oparte na samych zakazach i nakazach. Po dwóch dekadach funkcjonowania ETS zwolennicy wskazują, że w objętych nim sektorach emisje wyraźnie spadły, podczas gdy gospodarka mogła rosnąć bez proporcjonalnego wzrostu CO2.

W tle obecnej debaty pojawiły się mocne słowa kanclerza RFN Friedricha Merza, który 11.02.2026 podczas Europejskiego Szczytu Przemysłowego w Antwerpii wezwał do zmian w ETS i zasugerował, że jeśli system „nie działa jak trzeba”, należałoby go zrewidować albo nawet „odłożyć w czasie”, podobnie jak odłożono start nowego ETS2 dla budynków i transportu drogowego. Ta wypowiedź wywołała konsternację, bo podstawowy ETS dla energetyki i przemysłu działa od ponad 20 lat i jest uważany za kluczowy instrument polityki klimatycznej UE. Dzień później Merz złagodził ton: bronił ETS jako skutecznego narzędzia, podkreślając, że dzięki niemu emisje spadły, a przemysł rósł, i dodał, że system wymaga korekt, by lepiej uwzględniać różnice w warunkach w poszczególnych krajach.

O co więc chodzi? Nie o zawieszenie ani likwidację ETS, tylko o złagodzenie jego kosztów dla branż energochłonnych, które w Niemczech doświadczają spadku produkcji, zamykania instalacji i redukcji zatrudnienia. Po pierwsze, Berlin chce dłużej utrzymać wysoki poziom darmowych uprawnień dla takich sektorów jak stal czy chemia oraz wolniej je wygaszać, nawet po 2034 roku. Po drugie, postuluje spowolnienie tempa zmniejszania ogólnej puli pozwoleń i odroczenie całkowitego zakończenia ich alokacji , w skrajnym wariancie aż do 2050 roku, czyli do momentu, gdy UE ma osiągnąć neutralność emisyjną. W praktyce oznaczałoby to mniejszą presję na wzrost cen uprawnień i niższe koszty dla przemysłu, a jednocześnie więcej czasu na wdrożenie nowych technologii, które dziś są drogie lub wymagają infrastruktury, której brakuje, jak CCS (technologia wychwytywania i składowania dwutlenku węgla) czy dostęp do niskoemisyjnego wodoru.

Te postulaty budzą emocje. Przeciwnicy ETS odczytali słowa z Antwerpii jako możliwość zawieszenia całego systemu, co w Niemczech nie jest realistyczne , uderzyłoby to w firmy inwestujące w zielone technologie i rozbiłoby szeroki polityczny konsensus. Zwolennicy szybkiej dekarbonizacji obawiają się z kolei spowolnienia transformacji i „odkładania kosztów klimatu” na przyszłość. Rząd Merza stawia jednak na ograniczanie kosztów społecznych i gospodarczych Energiewende, nie rezygnując z jej głównych celów.

W podobnym duchu Berlin chce wpływać na unijne reguły: Komisja Europejska ma w połowie roku przedstawić raport i propozycje korekt ETS, a Niemcy będą lobbować za dłuższymi darmowymi przydziałami i łagodniejszym tempem zmniejszania puli. Kompromisy mogą obejmować warunkowe, darmowe uprawnienia powiązane z realnymi inwestycjami w redukcję emisji, mocniejsze wsparcie dla przełomowych technologii oraz skuteczniejszą ochronę przed „ucieczką emisji” dzięki mechanizmom granicznym, takim jak CBAM ( unijny mechanizm dostosowywania cen na granicach z uwzględnieniem emisji CO2 ).

Autor: MJ

Źródło: 1.