Pamiętacie Państwo ogromne zamieszanie wokół niemieckiej ustawy grzewczej, która w pierwotnej wersji miała zmusić naszych zachodnich sąsiadów do masowego montowania pomp ciepła? Temat ten elektryzował media i wywoływał ostre dyskusje również w Polsce, gdzie z uwagą śledzimy unijne trendy klimatyczne. Po zmianie układu sił politycznych w Berlinie postanowano mocno poluzować surowe przepisy. Nowy projekt, firmowany przez minister Katharinę Reiche (CDU), miał przynieść ulgę portfelom i dać obywatelom wolność wyboru.

Sielanka nie trwała jednak długo. Na horyzoncie pojawił się potężny kryzys. Przeciwko nowemu prawu, nazwanemu oficjalnie Gebäudemodernisierungsgesetz (ustawą o modernizacji budynków), zbuntowały się niemieckie kraje związkowe (Bundesländer). Choć ostateczny głos w parlamencie ma Bundestag, to sprzeciw komisji Bundesratu (izby reprezentującej regiony) wywołał polityczne trzęsienie ziemi. Ponad pięćdziesięciostronicowy dokument ekspercki przygotowany przez regiony wprost nazywa reformę „wadliwą”.

O co naprawdę chodzi w tym sporze i czego uczy nas ta sytuacja? Spójrzmy na główną oś problemu, ważąc plusy i minusy tego kompromisu.

Poprzednia wersja przepisów (koalicji tzw. „Sygnałowej”) zakładała twardy cel: ogrzewanie miało w większości opierać się na energii odnawialnej. Nowy projekt minister Reiche całkowicie to zmienia, znosi sztywny zakaz montażu pieców gazowych i olejowych i pozwala na ich instalację również w przyszłości. Zamiast tego wprowadza wymóg stopniowego, rozłożonego na lata zwiekszana domieszki w sieci gazowej biometanu lub wodoru.

I tu leży pies pogrzebany. Jak podaje tygodnik „Die Zeit”, na zapytanie Zielonych rząd federalny przyznał wprost: nie dysponuje na ten moment wiarygodnymi danymi na temat tego, jak dokładnie ta ustawa wpłynie na długofalową emisję CO₂ i ochronę klimatu. Co więcej, Berlin nie posiada pewnych prognoz dotyczących przyszłych cen gazu ziemnego, biometanu czy zielonego wodoru, twierdząc, że ich rzetelne oszacowanie na dekady w przód jest niemożliwe.

Kraje związkowe oraz krytycy ustawy grzmią, że to polityczna loteria. Zieloni zarzucają rządowi złamanie konstytucyjnej zasady Verschlechterungsverbot (zakazu pogarszania standardów ochrony klimatu, zapisanego w niemieckiej ustawie zasadniczej).

Jak każdy tak duży kompromis, propozycja minister Reiche ma dwie strony medalu:

  • Większa elastyczność i brak paniki: Właściciele domów zyskują tzw. otwartość technologiczną (Technologieoffenheit, podejście, w którym prawo nie narzuca jednego rozwiązania, np. pompy ciepła, lecz pozwala na stosowanie różnych metod osiągania celów ekologicznych).
  • Wytchnienie finansowe na start: Nowe przepisy wyraźnie zmniejszają obciążenia finansowe dla właścicieli nieruchomości w porównaniu z pierwotnym projektem. Przemysł również chwali powrót do elastyczności i odejście od radykalnych nakazów.
  • Zagrożenie dla klimatu i prawa: Brak precyzyjnych analiz wpływu na redukcję CO₂ oznacza, że reforma rodzi ryzyko zaprzepaszczenia dotychczasowych celów klimatycznych oraz może narazić państwo na procesy sądowe o niekonstytucyjność.
  • Iluzja taniego ogrzewania: Choć sam zakup pieca gazowego jest dziś tańszy niż pompy ciepła, to eksperci ostrzegają przed drastycznym wzrostem cen paliw. Wymóg domieszki drogiego biometanu lub wodoru, których dostępność rynkowa na tak masową skalę stoi pod dużym znakiem zapytania, w kolejnych dekadach może okazać się dla mieszkańców ekonomiczną pułapką.

Dla przeciętnego mieszkańca, zarówno w Niemczech, jak i bacznie przyglądającej się temu Polsce, płynie lekcja o tzw. ryzyku osieroconych kosztów (Stranded assets: inwestycje, które przedwcześnie tracą swoją wartość lub stają się nieopłacalne z powodu zmian prawnych lub rynkowych). Ktoś, kto dziś skusi się na powrót do tradycyjnego gazu, za kilkanaście lat może płacić wysokie rachunki z tytułu unijnego systemu handlu emisjami (ETS2) oraz drogich komponentów bio, na których ceny rząd nie ma wpływu i których nawet nie potrafi precyzyjnie prognozować.

Dla przemysłu to z kolei sygnał, że brakuje stabilnej strategii. Biznes potrzebuje jasnych reguł gry na 20-30 lat w przód. Częste zmiany kursu politycznego sprawiają, że planowanie inwestycji w fabryki nowych technologii staje się obarczone dużym ryzykiem.

Niemiecki spór wokół Gebäudemodernisierungsgesetz pokazuje jak w soczewce, że transformacja energetyczna nie może być wprowadzana ani metodą nagłego przymusu, ani metodą pisania ustaw bez dogłębnej analizy długoterminowych skutków. Próba zbyt szybkiego narzucenia pomp ciepła wywołała ogromny opór społeczny, z kolei obecny krok wstecz, rodzi ryzyko chaosu w przyszłości, bo nikt nie wie, ile ostatecznie alternatywne rozwiązania będą kosztować obywateli.

Dla Polski, która również stoi przed wyzwaniem modernizacji milionów kotłowni i wdrażania unijnych przepisów dotyczących budynków, to niezwykle ważny sygnał ostrzegawczy. Stabilne i racjonalne prawo nie polega na przerzucaniu się radykalnymi zakazami i nagłymi rezygnacjami z nich. Kluczem są twarde dane, precyzyjne wyliczenia kosztów dla obywatela w dłuższej perspektywie oraz ewolucyjny, realny harmonogram.

Autor: MJ

Źródła: 1,2.